piątek, 9 stycznia 2009

Atak Skorpiona

poniedziałek 5 stycznia 2009
W planie mieliśmy dróżkę na Jaworowej Turni. Przyjechaliśmy do Jaworzyny spóźnieni (śnieżyło w drodze). Postanowiliśmy więc przespać się w samochodzie - pierwotny plan zakładał zostawienie namiotu pod ścianą.

W nocy było piekielnie zimno. Krzyś spał za kierownicą, ja w bagażniku. Wstaliśmy w sobotę (3.01.09) o 3 nad ranem. Zbieramy się, grzejąc wnętrze silnikiem. Krzyś otwiera drzwi i zaczyna wyć jakaś mała syrenka, silnik gaśnie, miga dioda, która zawsze paliła się światełkiem ciągłym. Jakimś cudem uaktywnił się system, o którym nikt nie miał pojęcia. Po godzinie zabawy w resetownie odłączaniem akumulatora doszliśmy do wniosku, że to gówno nie jest fabryczne. Przyjrzeliśmy papiery i znaleźliśmy instrukcję do IMMOBILIZERA SKORPION.

W instrukcji stało, że urządzenie unieruchamia (pewnie odcięciem pompy) samochód po otwarciu drzwi przy włączonym silniku. Trzeba go wyłączyć, po takiej ewentualności wciskając UKRYTY PRZYCISK. Przyciśnięty przez 10s wprowadza system w tryb serwisowy (jest całkowicie nieaktywny), wciśnięty ponownie włącza ten syf. Rozpoczęła się zabawa w macanie, wymacaliśmy całą podłogę, lewarki, fotel, pod fotel, kierownicę, panele, drzwi... dotykaliśmy śrubki - pojedynczo i parami i chój. Szło nam wolno, było z -25 i traciliśmy dość szybko czucie w palcach. Kilka razy dogrzewaliśmy się w śpiworach. Robiliśmy również herbatę, co było trudne, gdyż zamarzał nam gaz... (nabijany kartusz odwrócony do góry nogami wyrzucił z siebie krople gazu) dobrze że mieliśmy dwie butle i palniki, podgrzewaliśmy je wzajemnie i w końcu zagotowaliśmy wodę.

O 5:30 nad ranem rozpoczęliśmy rozbieranie samochodu. Powolutku, począwszy od diody śledziliśmy po kabelkach macki Skorpiona. Od od panelu nad radiem, do stacyjki, po skrzynkę pod kierownicą. Krzysztof o ósmej (!) rano osiągnął switch pod wykładziną podłogi. By go wcisnąć trzeba było całkiem potężnie nacisnąć wykładzinę w dość nieoczekiwanym miejscu. Nie do wymacania. To było to! Samochód ożył.

Zostaliśmy pokonani przez Skorpiona. Możecie się domyślać, jak wyglądał samochód, skorpion pokrył szronem wszystko w środku, włącznie z uszczelkami. Ogrzewaliśmy się i V40 do 9 rano i zdecydowaliśmy się pójść na Halę, na Prawego Dorawskiego na Świnicy. Wycofaliśmy się z drogi po 3 wyciągach, zirytowani odśnieżaniem trójkowych płyt. Było -15, wiał wiatr, padało i waliły pyłówki. Warunki w ścianie słabe, pod ścianą jeszcze gorsze (na szczęście poruszaliśmy się na nartach, więc ta kwestia nas nie dotyczyła).
Nie korzystałem jeszcze z nart w Tatrach. W tym przypadku to była REWELACJA. Podejście pod Świnicę z Betlejemki zajęło nam mniej niż 2h. Na nogach zajęło by pewnie z 5h. Powrót 30min, zjazd z Betlejemki do Suchej wody do samochodu to kolejne 20minut. Ekspresem.

Dziś rano (poniedziałek) wymarzłem po raz trzeci, turlając się bikiem do pracy przy -15.
Chciałem się z wami podzielić historią.

P.S. Krzyś włączył system piętą, podczas snu... spał pozycji w nietypowej dla kierującego... mówi, że nawet zbudziło go dziwne bipnięcie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz