Wróciłem zmulony z pracy o 20. Dużo roboty. Widziałem z www.wunderground, że ma nie być najlepiej, ale zmotywowany pomknąłem na rolki. To ‘już’ dzień czwarty, z każdym po godzince. Tak się zakręciłem, że dziś nie mogłem się doczekać.
Asfalt lekko mokry, ale leciutko. Malutka mżawka. Na poligon rolkowy z hotelu jest rzut beretem. Ulica dwukierunkowa z trawnikiem pomiędzy pasami. Zamknięta całkowicie z jednej strony murem, za którym jest nowa przelotówka przez centrum. Z drugiej górką, u szczytu której styka się z inną nadrzędną. Dwa wydzielone pasy, dwa skrzyżowania T tylko w bok, szkoła, warsztat mechaniczny… kilku śpiących policjantów do nauki pokonywania przeszkód. Imitacja stadionu. Miła rzecz.
Dzisiaj ściągnąłem „Techniques - Stopping, backwards skating, etc.” po czym pogadałem na MSNie ze specjalistą. I co? Ano, z hamulcem udało się przy pierwszej próbie. „Stop-T” podobnie. Na każdej pętli podjeżdżam więc pod górkę, gdzie nerwowe 10m pod prąd na nadrzędnej, i w dół na testy hamowania. Zatrzymują dwa sposoby, … całkiem inaczej niż na pierwszej lekcji, gdy z musu hamowałem pługiem, kilka razy z wykończeniem glebą. Minuty lecą, pętelka za pętelką. Jeździ się świetnie.
Do mżawki dochodzi jednak śnieżek. Sic, myślę sobie, idzie tak zajebiście a tu koniec. Okazuje się, że jednak nie. Roleczki smarowane śmigają same, a poślizg pod koniec odepchnięcia dodaje jedynie smaczku. I raz z przypadku, na nawrocie pętli przed murem okazuje się, że „power stop/sidle - this is oneof the most effective stops, and also one of the hardest” wcale nie skomplikowany. Hehe!
Ostatni dzień tej ściemnianej zimy a tu śnieg zrobił się taki konkretny. Paluszków już nie czuję, na podjeździe pod górkę dżiny przyklejają się do ud. Kurwa, złapałem rytm. Mam urodziny więc dam sobie prezent – jeszcze kilka pętelek. Nigdy nie miałem łyżew, wrażenia pewnie są takie same - sobie myślę. Zajebiste!
Przycinam n-tą pętelkę. Małe urozmaicenie - mijam rozmawiającą przez telefon Czeszkę. ‘Ahoj’ słyszę… ‘Ahoj’ odpowiadam. A ona relacjonuje w komóreczkę, że jest tu ktoś trzeci. Ale skucha Łosiu, pewnie ‘Ahoj’ bo ktoś z drugiej strony odebrał, … myślę mknąc dalej. Kolejne kółeczko. Czółko pochylone bo już nic nie widzę przez te sypiące płatki. Gogle by się przydały. Podnoszę główkę na skrzyŜowaniu i oohhh - Czeszka coś do mnie krzyczy.
Prostuję się, jak się robiło to hamowanie, nie zdążyłem … ślisko … piękną walę, zajebiście spektakularną glebę …
Się jakoś pozbierałem i ledwo stoję w miejscu, na tych rolkach. Śnieg zacina konkretny, opieram się o jakiś samochód. Na głowie przemoczona jak szmata opaska (buff to się nazywa – super patent, tak nie wygląda). Zwisające mokre dżiny w kratę. Żenada. Dla odmiany Czeszka pięknie wygląda i się ślicznie uśmiecha… i coś świergocze. A ja jej na to:
- „I do not speak Czech.”.
- /zdziwienie/ „where are You from.”
- „From Poland.”
- „So, what are You doing here???”
- „ … now I learn rollers … ”
- „Why now? Here???”
- „I stay at Ibis, 200 meters from here, it’s close.”
- „I, the fuck, do not belive You.”
… sam bym nie uwierzył
***
Tekst ten dedykuję kochanej Agusi, która złożyła mi najwspanialsze życzenia urodzinowe, jakie kiedykolwiek dostałem. Oraz Krzysiowi, który mi kupił ochraniacze. Gdyby nie one pewnie nie mógł bym aktualnie pisać… bo teraz nadgarstek boli mnie tylko trochę. Dedykuję również, tym wszystkim którzy wiedzą jakie to uczucie być ‘w delegacji’ i nie móc się do nikogo wygadać w naszym wyrazistym ojczystym języku !I tym wszystkim, którzy czasem walą piękną, zajebiście spektakularną glebę ;)
I love You all !!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz